Chyba potrzebuje wsparcia, tylko nie wiem jakiego…
Archiwum dla luty, 2009
***
Posted in Upadek on luty 27, 2009 by personifikacjaTime up
Posted in W transie on luty 23, 2009 by personifikacjaDrodzy państwo, czas ucieka, a wy się obijacie.

Na zdjęciu powyżej hipohondryczna Eva
A tuż obok niej cudowny zegar mój, niestety nigdy nie chce iść z godnie duchem czasu;) Mimo tej przeciwności skromnej, to dobrze o nim świadczy. Przynajmniej jest oryginalny. Chyba mam dobre dni. I dużo energii. Jeszcze troche niech tak zostanie. A potem jak tam chce. Ot co.
Salceson
Posted in W transie on luty 22, 2009 by personifikacjaDzisiaj krótko, bez zbędnych wywodów. Konkrety.
Wróciła ta, pod której sercem się rozwijałam i swojej ogromnej radości ukryć nie potrafię, bo nigdy tak bardzo mi nie brakowało osoby, z którą przez pewien czas tworzyłam jedno ciało. A to wszystko przez pępowinę.
Piątkowa sesja z Evą udana!

I Vakinyan też ma dobry humor, a to dla mnie dużo.
Usprawiedliwiam sama siebie
Posted in W transie on luty 18, 2009 by personifikacjaTo wszystko co tutaj jest, to swego rodzaju moje usprawiedliwienie. Za to, że ograniczyłam większość kontaktów, za to że niektóre zerwałam bez powodu, nie koniecznie uprzednio o tym informując kogokolwiek.
Nie zmienia to jednak faktu, że większość rzeczy mam w daleko w dupie. Ktoś może mi to wybaczyć, lecz jeśli nie chce wcale nie musi. Na tym etapie życia, na którym w tej chwili jestem mało mnie to obchodzi.
Stała się rzecz, którą przewidywałam. Oczywiście nie czyni to ze mnie żadnej medium, bo takową nigdy nię będę i nie mam zamiaru. Reakcji też nie powstrzymałam. Bo co tu ukrywać. Jak moża zareagować, na coś co mimo intuicji spada nagle. Jak w ogóle można zareagować na słowa pisane piórem przez kogoś z kim rozstało się w zupełnym obustronnym szoku, bulem w sercu i milionem bezsensownych pytań na ustach i słowem, którego wręcz nie nawidzę “dlaczego”. Pewnie istnieje jakaś odpowiedź, ale to jeszcze nie czas na jej poznanie. Morze łez upłynie zanim cokolwiek sobie wytłumaczę w sposób przystępnie logiczny mieszczący się na granicy. Jeszcze wiele rzeczy pozostaję pod gigantycznym znakiem zapytania.
Wszystko co się dzieje do okoła do nie jest wina Przypadku. A zawsze to on jest głównym podejrzanym. Należy mu tylko współczuć. Tak samo z przeznaczeniem. Co za debil w ogóle to wymyślił. No przyjmijmy takie założenie: moim założeniem jest być kimś tam. No przykro mi, ale samo to stwierdzenie niczego nie zdoła zrobić. Trzeba ruszyć tyłek przyrośnięty do fotela i zacząć działać. Oglądanie wysysacza mózgu na nic sie nie zda. Nie ma przeznaczenie, NIE MA. To, że ludzie żyją ze sobą wynika z ich obustronnej pracy, wyrozumiałości. Tak naprawdę mogliby żyć z co dziesiątą osobą o odpowiedającym im charakterze. Trzeba umieć. Bóg nie stworzył człowieka kierując jego przeznaczenie w stronę upadku. Sam chciał, to zrobił. Przeznaczenie nie ma, więc ruszcie się wreszcie i zacznijcie coś robić. Cokolwiek.
By dzisiejsza moja wypowiedź nie została pozostawiona bez żadnego podsumowanie, pozwolę sobie zakończyć ją szlachetnym morałem iście z bajki:
Jeśli nikt z was nie chce żeby życie serwowało sierczystego kopa, to przestańcie bezprzerwy wystawiać swój zapyziały tyłek.

Miejsca wyjątkowo czarodziejskie
Posted in Miejsca on luty 11, 2009 by personifikacjaCzy jestem na “nie”?
Hm… Chyba nie do końca. To dziwny stan ducha mieszczący się miedzy jednym a drugim tylko nie wiem jak to jedno i drugie nazwać. Tylko czuję się obca. Chętnie bym się odizolowała, ale to i tak do niczego nie prowadzi. Powoduje jeszcze intensywniejszy natłok niechcianych myśli.
Jak to ujęła Vakinyan “kiedyś było fajniej”. O co dokładnie chodzi nie wiem, a może i wiem, albo mogę się domyślać. Pewne jest tylko to, że każdy w inny sposób jest w stanie odnieść to do swojego życia. Mnie nachodzą tylko wspomnienia z dzieciństwa. Wielka spiżarnia na połowę kuchni, zbudowana z desek, które intensywnie prychniały od środka. To głupie, ale lubiłam tam siedzieć. Półki pełne rzeczy. Różnych.
Kiedyś płakałam jak rodzicie sprzedali stary stół i krzesła stojące w głównym pokoju. Projekt iście z PRL-u, a ja mała głupia płakałam. Mama się dziwiła. Mówiła, że kupimy nowe. Ładniejsze. Płakałam. I powód znam, ale teraz. Przywiązuję się do rzeczy, choć z tym walcze. Ale do niektórych można. Tylko potrzeba dystansu. A na tych krzesłach wiele się działo. Wiece rodzinne i gościnne. Centrum domowego świata. Wszyscy tam siedzieli. A kiedyś mieszkało nas tu jedenaścioro. Teraz pięcioro, w porywach plus jeden. Smutne, ale prawdziwe.
Najpiękniejsze miejsce odkryte z Vakinyan. Zakochałam się.

Wujek Wyjek
Posted in Upadek on luty 8, 2009 by personifikacjaDoskonały akompaniament
Nie chcę sobie wyobrażać jak to jest dowiadywać się, że pozostało ci tylko tydzień życia. Wystarczy mi sen o podobnej treści i przy okazji świadomość tego, że juz nigdy nie zobaczę tych których kocham tak jak bym chciała. Dobrze by było zatrzymać się w miejscu na jakiś czas, tylko jaki w tym cel.
Tony zasmarkanych chusteczek też do niczego nie prowadzi, ale jest chyba lepszym lekiem niż jakie kolwiek psychotropy. Lepiej się nie zapędzać w niektóre tereny.
Najgorzej gdy rozmaiwasz z kimś przez telefon. Najgorszy i najokrutniejszy sposób komunikacji, ale czasem jedyny. Czasem łatwiej coś powiedzieć nie patrząc w oczy, ale po jakimś czasie można zwariować.
Nie da się bez przerwy demonstrować swojej siły. W końcu przychodzi dzień, gdy się siada w końcie i płacze. Jak dziecko.
Dzisiaj nie mam siły.

Sami lubimy utrudniać sobie życie. Jak powyżej.
Srutu tutu, majtki z drutu.
Posted in W transie on luty 7, 2009 by personifikacjaMajtki z drutu widziałam chyba tylko raz i był to kolejny debilny film z cyklu “gówno warte, ale śmieszne” aczkolwiek nie jestem w stanie sobie przetłumaczyć, w którym miejscu i z której strony można było spojrzec na to humorystycznie. Ludzie lubią “proste” a zarazem niezwykle debilne filmy.
Ale scena była niezwykle ciekawa. Napalony młodzian sukcesywnie dobierał się do swojej koleżanki, którą poznał gdzieś w biegu. W dzisiejszych czasach raczej nie jest to nic dziwnego, ale…
Lubię swoje, “ale” ALE czasem jestem w stanie od niego odstąpić, choć to ciężki orzech do zgryzienia.
Wracając do rozkosznej sceny z równie rozkosznego filmu: owa nastolatka miała na sobie autentyczne majty z drutu i to jeszcze pod napięciem! Szczyt szczytów nieważne którym szlakiem podarzasz.
Co prawda sam film nie był ważny, bo był to sylwester i masowe obżarstwo lodami z dawno już nie istniejącego Lider Price, gdzie to smakołyki te kupowało sie w 5 litrowych pojemnikach. Tanie, ale dobre. Miły sylwester, bo w miłym gronie i dziekuję Ryście za to, że nas przygarnęła, a trochę nas było.
Pisząc tę fascynującą notatkę z gęby rozkosznie jedzie mi pizzą.
Nie mogłabym też zapomnieć o jednym z bardziej fascynujących rzeczy, które spotkały mnie dzisiejszego dnia. W sumie to zaczęło się wczoraj, ale moment kulminacyjny nastąpił dziś.
Ogólnie to jestem bardzo zbuntowaną osobą, której głównym buntem i odstępstwem jest usuwanie miliona znajomych z pewnego bardzo powszechnego portalu. To śmieszne, bo reakcje były przeróżne. Począwszy od “nie wiem czemu to zrobiłaś” do “smutnej minki” i szeregu różnego rodzaju pytań o to czy już kogoś nie lubię etc. Niesamowicie irytuje mnie to, że 90% populacji homo sapiens sapiens woli być lubianym w sieci niż na żywo, a usunięcie z jakiejkolwiek listy powoduje ogólną nienawiść. Od tej pory idąc po mieście będę napotykać nienawistne spojrzenia pełne odrazy i żalu, ale to dla mnie kolejny powód do chorobliwego duszenia się ze śmiechu. I nie będę tego ukrywać moi drodzy.
Lubię niezręczne sytuacje, ale nie wtedy gdy dotyczy to mnie, ale mojego przeciwnika nacierającego na mnie z drugiej strony (przeciwnik nie w sensie “anty”). Z tego co pamiętam to nazywaliśmy siebie mianem przyjaciół, ale to chyba kolejny życiowy paradoks. No więc idzie sobie potencjalny potencjał w gronie swoich nowych przyjaciół i udaje, że nigdy nie miał z tobą do czynienia. Ale nadarza się też inna sytuacja, gdy to wasze drogi ścierają się na siebie zupełnie samotnie i to jeszcze w takim miejscu, gdzie nie da rady odwrócić wzroku w inna stronę. Wtedy potencjalny potencjał bąknie coś w stylu “czsć” (dosłownie czytając, bo inaczej zrozumieć się nie da).
Nie piszę o tym dlatego, że mnie to boli, ale dlatego że mnie to śmieszy. Co na ten temat sądzi ktoś, akceptuję, ale wtrącając moje “ALE” nie za bardzo mnie to interesuje.
Chcę żeby Józef pamiętał o tym zdjęciu i o tytule jaki sam mu nadał.

A jaki Józef tytuł nadał to sam wie.
Amen.
Pompatycznie
Posted in W transie tagi Kurdelia on luty 4, 2009 by personifikacjaNie będę się rozdrabniać, ani publikować żadnych wstępów typu “Cześć mam na imię Józia i od teraz będę pisać blogaska”. Żal mi dupę ściska, jak czytam coś takiego. Mam tylko nadzieję, że nasze “mhroczne” społeczeństwo wyrośnie z takowych nawyków. Byłoby to dość wskazane, a śmiem twierdzieć, że nawet pożadane.
Nie pierwszy to mój “sweetaśny blogasek” i zapewne nie ostatni… Czas pokaże. Anuż złapie mnie jakiś urzędas i zechce nanieść na mnie sankcje karną za robienie wody z mózgu czytającym internautom? O ile potencjalni czytający oczywiście mają zamiar istnieć.
No więc żeby było miło i żeby wszyscy mieli ubaw po pachy nie zapominając o parchatym krasnalu drapiącym się po plecach sztachetą z gwoździami przedstawiam coś co nurtuje mnie od jakiegoś czasu:

Magiczny portal isniejacy na terenie zamieszkałego przez mnie miasta (przypominam, że nie mieszkam tu sama, choć rozważam takową myśl). Dość interesujące, bo nie spotkałam jeszcze w poblizu żadnej czarodziejki z Witch’a, która potrafiłaby otworzyć zaklęte przejście swoja pozaziemską mocą. Dość absurdalne, bo skoro ich tu nie ma no to na co komu magiczny portal? Nie chce uchodzić za jakiegoś niezrównoważonego szpiega, ale nie sądzę by ktoś z władz miejskich mógł to wykorzystać. W naszych czasach lepiej nie przyznawać sie do takich rzeczy, bo innej drogi jak na stos to już nie ma.
Współczuje też parchatemu krasnalowi drapiącemu się po plecach sztachetą z gwoździami wspomnianemu wcześniej. Ten to ma przewalone. Niedość, że mieszka nieopodal nadporzyrodzonego zjawiska, to jeszcze pod jego oknami kłębią sie wścipscy paparazzi pragnący uwiecznić to “coś”. Tylko zastanawia mnie po co chowają się po pobliskich krzunach. Ani to nie chodzi, ani nie gada, nie je, nie sra, nie pije…
W tym przypadku nieskromnie muszę pochwalić swoją osobą. Zwyczajnie, bez ogródek podeszłam i zrobiłam powyższe zdjęcie pytając wcześniej magiczny portal o zgodę.
A jest jeszcze więcej plusów tej historii. Otórz poznałam parchatego krasnala drapiącego sie po plecach sztachetą z gwoździami, który okazał sie być “female” czyli krasnoludzicą(?) o wdzięcznym imieniu Kurdelia. Wprawdzie zdjęcie zrobiłam jakieś 4 dni temu, a Kurdelię poznałam 4 lata temu (o ile dobrze pamietam) to nie robi to żadnej różnicy przy mojej umięjętności przemieszczanie sie w czasie.
Za poznanie z Kurdelią dziękuję Basi G. za którą tęsknie choć nie mówię.



