Mam takie dwa zeszyty. Zeszyt jak to zeszyt-rzecz martwa i złośliwa. Te zeszyty są żywe. Zawierają wszystkie moje najważniejsze wspomnienia, i te dobre, i te złe. Postanowiłam nie tworzyć wyjątków. To złe pisałam dlatego, że być może w przyszłości, kiedy już dożyje jakiejś względnej starości, otworze je i będę wiedziała, że mimo wielu “przewrotów” chyba się czegoś nauczyłam.
Te krótkie liściki to tylko preteksty do tego by wytworzył się ciąg myślowy przyczynowo-skutkowy doprowadzający do zamierzonego efektu. Tylko jaki jest ten zamierzony efekt. Zależy. Uśmiech, łzy, łkanie, żal, i w końcu gorzka gorycz i ból w sercu.
Pierwszy sms jakie mam zapisany jest z drugiej połowy sierpnia 2004 roku. Niezły szmat czasu. Czyniąc proste rachunki można powiedzieć, że działo się to 5 lat temu ( a niedługo już 6…). Kolosalna różnica w wieku, wyglądzie, twórczości, postrzeganiu świata, stanu serca i ducha a przede wszystkim w życiu. Nie wiem o ile jestem doroślejsza, jeżeli w ogóle jestem. W każdym bądź razie wiele się zmieniło. Młode małżeństwa, bliźniacze ciąże mające się ku rozwiązaniu, nowe buty i nowy telefon. Mam laptopa i mogę w końcu pisywać nocami. Nie jest mi tak do końca źle, ale zawsze pozostaje coś do życzenia.
Myślałam, że to wszystko było wielką rewolucją, ale teraz widzę iż nie umywa się to do tego co ma nadejść.
To dopiero będzie rewolucja…















Mogłam cieszyć się z mego szczęścia, gdyż to właśnie mnie wybrał. Uchronić chciał przed zgnilizną i wtórnym recyklingiem by sam mu się poddać. Czy to była dobra wola, czy chęć ponownego odrodzenia powiedzieć mi nie raczył tudzież nie zdążył. Zachował się dość rozsądnie, bo wiedział. Rozerwany i sponiewierany odrodzi się jak płomienny feniks.





